niedziela, 10 stycznia 2016

Noworoczne postanowienia


Chociaż wakacje są już odległym wspomnieniem - na blogu wciąż czuć ich zapach. Niestety ostatnie kilka miesięcy było dla mnie naprawdę trudnych i musiałam zapomnieć o moim kawałku internetu. Nie ukrywam, że przez ten czas wiele razy starałam się wrócić, jednak "dorosła" codzienność skutecznie zmuszała mnie do skupienia się na innych sprawach. A tych było zdecydowanie za dużo jak na jedną dwudziestoparoletnią główkę.
Na szczęście wiele trudnych spraw mam już za sobą (a kilka naprawdę poważnych "bomb" wciąż wisi nade mną) i pomału mogę zacząć robić porządki.

Dziś wpadam do Was z dość specyficznym, lifestalowym (ble, jak ja nie lubię tego słowa), wpisem. 
Tak naprawdę nie przepadam za wpisami o wszystkim i o niczym, wolę skupiać się na konkretach i taki miałam zamiar reaktywując tego bloga. Jednak nie byłabym sobą, gdybym trzymała się z góry założonego planu. Moje życie jest jednym wielkim chaosem, więc dlaczego mój blog miałby być w jakiś sposób ogarnięty? Bijąc się w pierś nad swoim bałaganiarstwem myśli, próbuję znaleźć punkt zaczepienia.

Rok 2015 był bardzo dziwnym, intensywnym czasem w moim życiu. Jego lepki cień wciąż podąża za mną w postaci wielu ciężkich, niedokończonych spraw. Gdybym miała obiektywnie spojrzeć na minione dwanaście miesięcy, powiedziałabym że był to ciężki okres, który wymagał ode mnie zaciśnięcia zębów, zakasania rękawów i przyjęcia pozycji bojowej. Na szczęście przez cały ten czas mogłam liczyć na mojego ukochanego. Zresztą... to nie tak, że cały rok był do bani. Wydarzyło się też wiele wspaniałości. Dzisiaj wychodzę z założenia, że wszystko ma swój koniec i to my sami piszemy zakończenie każdego rozdziału naszego życia.


I tak... na sprawy, które postrzegałam jako smutne, beznadziejne, ciężkie- dziś patrzę w inny sposób. Kilka burzliwie zakończonych znajomości udowodniło mi, że jeśli chodzi o towarzystwo to lepiej postawić na jakość niż na ilość i trzymać się z daleka od wszelkiej maści wampirów energetycznych- a tych w ubiegłym roku naliczyłam w swoim życiu kilka sporych sztuk. To całkiem sporo, skoro przez całe moje wcześniejsze życie przewinęła się raptem jedna osoba, która była pijawką. Dzięki temu zrozumiałam, że nie warto angażować się w znajomości, które nas przytłaczają i zamiast zapędzać się w jakieś chore poczucie winy, należy jak najszybciej taką znajomość zakończyć. Niestety pewnych rzeczy się nie przeskoczy i choćbyśmy się dwoili i troili nie da rady pomóc osobom, które nie chcą zmian w swoim życiu.

Tak jak wcześniej wspominałam, ten rok nie był taki zły jak mi się wydawało, gdy zasiadałam do tej pisaniny (jeśli pominąć toksyczne znajomości, zawieszone w czasoprzestrzeni pierwsze studia, wyjazd M. za granicę i ciągłe przeprowadzki). Dlaczego?

Pierwszą cudownością było mieszkanie z moim ukochanym. Wynajęliśmy piękną kawalerkę i przez kilka równie pięknych miesięcy prowadziliśmy spokojne, poukładane życie. Dzięki temu pogłębiliśmy naszą relację, umocniliśmy się w miłości i przekonaliśmy się, że jesteśmy stworzeni dla siebie. Dla przełamania cukierkowatości wspomnę, że zdarzały się też różnego rodzaju spory, jednak gdybyśmy nie byli stworzeni dla siebie, nie potrafilibyśmy ich załagodzić.

Kolejnym pozytywnym wydarzeniem była... nasza świnkowa rodzinka. Na początku roku nasza Pusia dorobiła się towarzysza w postaci Antona. Aż do marca byliśmy przekonani, że drugi prosiak jest tak naprawdę prosią, a nasze świnki po prostu są włochatymi lesbijkami. Stety-niestety świnkowe amory w żaden sposób nie były homoseksualne i dorobiliśmy się trzeciej świnki- Pyzy. I chociaż nie było mnie przy cudzie narodzin, szczęście na twarzy M., gdy przyjechałam do domu było zaraźliwe. Będąc świadomymi, dorosłymi ludźmi, ustaliliśmy że nie stać nas na kolejne powiększanie rodziny i nieodpowiedzialnym byłoby narażanie Pusi na kolejne ciąże. Dlatego płacząc i szlochając pojechaliśmy z Antonem do weterynarza na zabieg kastracji. Wierzcie lub nie, ale ten dzień był jednym z najgorszych dni mojego życia. Nie to, żebym nie miała traumatycznych przeżyć, ale celowe narażanie świnki na utratę życia lub zdrowia było dla mnie ciężką decyzją. Na szczęście zabieg przebiegł pomyślnie, Antoś jak na twardą sztukę przystało wybudził się i spędził miesiąc w izolatce (z daleka od swojej żony i córki, co by je resztkami zaległych plemniorów nie zbałamucił). Przy okazji niczym prawdziwy Rambo, czy inny Conan Barbarzyńca stwierdził, że szwy są dla cieniasów i sam sobie je wygryzł. Dziś wszystkie trzy puchatości mieszkają sobie razem wesoło dokazując i drąc ryjki w wiecznym głodzie.


Przeprowadzkę do Poznania ciężko jednoznacznie określić jako "pozytywną". Mieszkanie z moim lubym utwierdziło mnie, że jestem już za stara na dzielenie mieszkania z obcymi ludźmi. Mimo to musiałam na początek gdzieś się zakotwiczyć. I z tym bywało różnie... Nie wiem jak długo będę się jeszcze tułać z mieszkania na mieszkanie, ale jednego jestem pewna- niczym kot zawsze spadam na cztery łapy. Dzięki temu, że musiałam radzić sobie sama, poznałam wielu fajnych ludzi i znalazłam całkiem przyjemną pracę. Zarabiam na tyle dobrze, że w końcu stać mnie na drobne przyjemności i mogę sobie pozwolić na nowe mieszkanie, samodzielny pokój i zaoczne studia.

A mój związek? Naprawdę myślałam, że odległość nas poróżni. Sprawi, że będziemy nadawać na innych falach i odsuwać się od siebie. Na szczęście stało się zupełnie inaczej i po raz kolejny umocniłam się w tym, że M. jest najwspanialszym mężczyzną drepczącym po tej ziemi. Dzięki niemu, w ciężkich dla mnie chwilach, zawsze odnajdywałam motywację do dalszego działania. Gdyby nie on, nie miałabym odwagi by wziąć życie w swoje ręce i próbować swoich sił na tylu różnych płaszczyznach, bo...

Zaczynając życie w Poznaniu, bez ukończonych pierwszych studiów było mi cholernie ciężko znaleźć pracę, która byłaby powiązana z moim przyszłym zawodem. Rzucając się na wszystkie oferty, które były dostępne w internecie znalazłam tylko jedną, która w miarę mi odpowiadała. Do dziś pracuję w tym miejscu i jestem zadowolona. Ten, kto twierdzi, że młody człowiek bez wykształcenia może zapomnieć o ciekawej pracy za dobre pieniądze jest w sporym błędzie. Trzeba tylko umieć szukać, być cierpliwym i chętnym do nauki. Zapewne ta ostatnia cecha zwróciła szczególną uwagę mojego szefostwa, bo niebawem obejmę nowe stanowisko. Co się zaś tyczy pedagogiki... dzięki ogromnemu zaufaniu wspaniałej kobiety miałam okazję dodatkowo przepracować dwa cudowne miesiące w żłobku. Maluchy były fantastyczne! Mam ogromną nadzieję, że jeszcze nie raz będę mogła wrócić do tego miejsca.

Podsumowując... miniony rok był intensywny. Wymagał ode mnie wielu poświęceń. Niejednokrotnie musiałam zrewidować swoje spojrzenie na świat i otaczającą mnie rzeczywistość. Zmieniłam swoje poglądy na pewne sprawy, a zwłaszcza na samą siebie.
W nowym roku chciałabym:
- dalej z dumą nosić pierścionek zaręczynowy, spędzać cudowne chwile z moim ukochanym, dawać mu oparcie i odnajdywać wytchnienie w jego ramionach, gdy rzeczywistość da mi w kość;
- zadbać o siebie. Zrzuciłam już około siedmiu kilo. Mam nadzieję, że kolejne pięć pójdzie mi równie gładko. Chciałabym częściej się ruszać, zdrowo jeść, być może... zacząć pływać?
- rozwijać swoje zainteresowania, zrobić kolejne kursy kwalifikacyjne, postarać się ukończyć pierwsze studia i zdobyć licencję;
- więcej czasu poświęcać rodzinie i bliskim znajomym. Mam wrażenie, że zwłaszcza przez ostatnie pół roku mocno zaniedbałam niektóre, bardzo ważne dla mnie, znajomości.
- dać z siebie wszystko na drugich studiach;
- częściej brać aparat do ręki i fotografować... co tylko dusza zapragnie. Eksperymentować z kadrami, programami graficznymi, zainteresować się bardziej samym sprzętem.
- i... dalej eksperymentować z ziołami, kosmetykami i własnym wyglądem.

Nigdy nie umiałam ładnie malować paznokci. Dlatego w tym roku chcę pojechać z "grubej rury" i nauczyć się robić hybrydy.


Jeśli chodzi o ten blog, to w tym roku chciałabym:
- dzielić się z Wami własnymi przemyśleniami i własnym doświadczeniem (dlatego też jestem w trakcie pisania notki o wampirach energetycznych);
- pokazywać Wam etapy mojej metamorfozy (zarówno jeśli chodzi o makijaże, styl ubierania, jak i samą sylwetkę);
- pisać o kosmetykach, które wywarły na mnie pozytywne wrażenie i które ze swojej strony Wam mogę polecić;
- zdradzić kilka przepisów na kosmetyki domowej roboty (kosz zazwyczaj jest "groszowy" a rezultat? sami zobaczycie!);
- pisać o ziołach, interesujących miejscach, filmach- wszystkim co w jakiś sposób mnie zainteresuje.

Mam nadzieję, że uda mi się spełnić chociaż kilka z omówionych postanowień oraz że ten rok będzie pełen samej pozytywnej energii- zarówno u mnie, jak i u Was!

PS. Zdjęcia znajdujące się w tym wpisie zostały wykonane przeze mnie podczas mojego urlopu zarówno w przeuroczych i mało znanych Lubniewicach jak i w popularnych okolicach Karpacza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz