sobota, 27 lutego 2016

Dlaczego wybrałam studia zaoczne?

Kalendarz- niezbędnik studenta zaocznego. A do tego pyszny
koktajl i kilka kolorowych długopisów- wtedy nauka wchodzi
bajecznie szybko :)


Pamiętam jak ponad trzy lata temu dowiedziałam się będąc za granicą, że jednak zdałam maturę. Dlaczego "jednak"? Bo nikt we mnie nie wierzył. Jako dziecko uczyłam się bardzo dobrze. Czasami brakowało mi systematyczności, ale nauka sama w sobie nie sprawiała mi większych problemów... może poza matematyką, której chyba nie lubiłam od chwili swoich narodzin ;) Jednak idąc do gimnazjum, a później liceum zrozumiałam, że oceny, sprawdziany czy nawet niektóre przedmioty to... strata czasu. Zapewne czytając te słowa, oburzysz się, jak coś takiego mogło pedagogowi przejść przez palce?! No cóż... normalnie :p

Powracając jednak do tematu - na dalszym etapie edukacji poświęcałam nauce minimum czasu.
Nie widziałam sensu w czytaniu wspaniałej większości lektur szkolnych, skoro na wyciągnięcie ręki miałam bardzo dokładne streszczenia a "moje" książki już czekały na mnie w ukochanej bibliotece. Tak, jestem molem książkowym. Lubię czytać. Nie, nie uważam że jest to jakaś czynność, która czyni człowieka mądrzejszym. Jednak szkoła wspaniale sprawia, że gro osób nie sięga po książki, 
bo omawiane na lekcjach pozycje są nudne! Mimo to... zdałam maturę. Faktycznie, z matematyką było ciężko, ale podobno gdy moja rodzicielka zobaczyła wyniki, trzeba było ją zbierać z podłogi. 
Bo jak to możliwe, że uczennica, która regularnie przynosi dwójki z podstawowego angielskiego zdała maturę na ok. 90%? Albo biologię, bez poświęcania jej przez trzy lata chociażby pięciu minut dziennie, na prawie 60%?
Tylko odręczne notatki! Niestety z wydrukowanych nie potrafię
nauczyć się tak szybko jak z tych nabazgranych. Kolory, wykresy,
znaczniki - to moja bajka!
Mnie nasuwa się jedna odpowiedź: bo matura jest banalna- wystarczy tylko myśleć i czytać ze zrozumieniem. Wcale nie trzeba być systematycznym. I kompletnie nie rozumiem jak można nie zdać obecnie matury. Zwłaszcza z matematyki. Dzisiaj nie jestem dumna ze swoich wyników, bo wiem że było mnie stać na znacznie więcej. Jednak jestem typem lenia i nie lubię oszukiwać swojej natury. Wiadomo, że skoro ktoś jest leń to będzie szedł na skróty. Ale żeby iść na skróty, to trzeba być twórczym. A to już nie jest takie proste. Kto miał prezentację na ustnym polskim, ten wie, że samo kupienie, czy napisanie wcześniej pracy, nie gwarantuje wyśmienitego wyniku. Nikt do końca nie wiedział, o co w tym systemie prezentacji chodzi. Jakieś gadanie, wybieranie tematów, bibliografia i ustalony czas. Jak na lenia przystało, leżałam do góry brzuchem, gdy inni rozmyślali nad tematami, skrobali jakieś szkice, czy czytali wybraną lekturę. Gdy przyszło do ostatecznego ustalania tematów, wychowawczyni (polonistka), prawie dostała zawału. Bo jako jedyna w klasie nie miałam wybranego tematu, ba... nawet się tym nie zainteresowałam. Żeby mieć święty spokój rzuciłam od niechcenia, że chcę coś o wampirach i wyszłam z klasy. Oczywiście nauczycielka codziennie suszyła mi głowę, ale miałam inne, "poważne" zajęcia. Czas mijał, a ja dzień przed prezentacją przypomniałam sobie, że z niczym nie ruszyłam. Oddałam tylko nabazgraną na szybkości bibliografię, bo nauczycielka groziła pałą na koniec. Oczywiście były to książki, które interesowały mnie już wcześniej, więc miałam je w małym paluszku. Nic więcej nie zrobiłam. Nie wypisywałam żadnych cytatów, nie układałam sobie planu. Nic. Jedynym moim wysiłkiem było zgranie kilku piosenek Closterkeller z motywem wampirycznym i pożyczenie rysunku przyjaciółki. I tak... wyszłam z tego bez szwanku. 
Na 100%.
Dlaczego o tym wspominam? Bo to pokazuje dlaczego NIGDY nie powinnam wybierać studiów dziennych.
Jestem osobą niesystematyczną. Często odkładam coś na ostatnią chwilę. Nie lubię sztywnych deadline'ów i sztucznie wypełnionych godzin. Ponadto lubię żyć na własną kieszeń, być niezależną i pracować, zdobywać doświadczenie na wielu płaszczyznach.
I jak na złość moje pierwsze studia były... dzienne.
Co mną kierowało?
Znienawidzone już żółte karteczki- aby nie zapomnieć
i nie przekarmić wewnętrznego lenia ;p
Przede wszystkim kwestia finansowa. Jako młody, naiwny jeszcze człowiek bałam się, że sobie nie poradzę finansowo. Nie wierzyłam, że jestem w stanie zarobić na czesne i mieć jeszcze pieniądze na życie. Ponadto mój kierunek nie był dostępny w trybie zaocznym, a ja, biedna szara myszka bez wsparcia innych dorosłych i doświadczonych życiowo ludzi, nie wyobrażałam sobie innej możliwości pokierowania swoim wykształceniem.
Jak to się skończyło? No cóż... bywały lepsze i gorsze momenty. Masa stresu, potu, łez, kombinowania pieniędzy by starczyło na bardzo skromne życie. I nie mam dyplomu.
... Jeszcze. Bo przecież ja się nigdy nie poddaję. Czasami potrzebuję tylko na chwilkę odsapnąć, wylizać rany i rzucić się do walki o swoje.
Aby naprawić swoje błędy wybrałam kolejne studia powiązane z poprzednimi. Nie chciałam stać w miejscu. Nauczona przykrym doświadczeniem, stwierdziłam że w moim przypadku studia dzienne będą większą szkodą niż pożytkiem. Postanowiłam znaleźć pracę w Poznaniu i podjąć wyzwanie raz jeszcze. Tym razem na moich zasadach.
Dlaczego?
Bo przede wszystkim jestem teraz zupełnie niezależna. Mam pracę w której się rozwijam, nie muszę myśleć o wyjazdach zagranicę żeby pociągnąć "jeszcze jeden semestr". Ponadto mam zjazdy co dwa tygodnie. To wystarczająca ilość czasu, aby osoba mojego pokroju mogła nabrać chęci do nauki. Jednak najważniejsze są dla mnie bloki zajęć. Na zaocznych studiach nie odczuwa się aż tak różnego rodzaju "zapychaczy", bo ich godziny są mocno okrojone. Dzięki temu mogę "odklepać" to co mnie nie interesuje i skupić się na tym, co jest dla mnie cenne. Kolejnym olbrzymim plusem jest SESJA CIĄGŁA. Czasami zdarza mi się na to cudo marudzić, ale powoli oswajam się z tym systemem i stwierdzam, że dla leniwców jest on najlepszy. Nie ma spiny, panikowania jak wszystko pomieścić w czasie i możliwość ustalenia poprawy w dogodnym terminie. Właśnie jednym z uroków sesji ciągłej jest to, że już w grudniu miałam zaliczone kilka przedmiotów z semestru letniego.
To tylko skromny wycinek tego, co się wyrabiało od początku
tego roku akademickiego!
Jest prawie czwarta nad ranem. Za dwie godziny będę musiała zacząć szykować się na uczelnię. Muszę oddać referat na socjologię (znowu robiony z dnia na dzień metodą na leniwca, byleby zaliczyć, byleby zdać) i przesiedzieć na nudnych wykładach z etyki, bo od tego roku akademickiego wszystkie wykłady odgórnie dla studentów są obowiązkowe. Mam nadzieję, że ta notka (jeśli niebawem będziesz musiał podjąć decyzję- czy iść na studia, a jeśli tak to na jakie i w jakim trybie?) pomoże Ci wybrać najlepszą dla Ciebie opcję. Zwłaszcza jeśli tak jak ja chcesz się rozwijać w (niezbyt atrakcyjnych na obecnym rynku pracy) naukach humanistycznych, a chcesz być specjalistą w swojej dziedzinie.
Mam nadzieję, że tym razem podjęłam dobrą decyzję i że Ty będziesz podejmować w swoim życiu tylko dobre decyzje.
Życzę Wam miłej niedzieli i uciekam do kuchni po kolejną kawę. W końcu nie ma sensu kłaść się spać.

2 komentarze:

  1. Ja z natury jestem bardzo ambitna i staram się mieć wszystko przygotowane przed czasem. W tym roku wybieram się na studia i już zaczynam się denerwować aby dobrze napisać maturę. Chciałabym studiować kierunek prawo http://www.prawowroclaw.edu.pl/oferta/5-letnie-studia-prawnicze/. Podoba się mi twój blog i takie podejście do wszystkiego na luzie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając Twój wpis doszłam do wniosku, że mamy wiele wspólnego. Ja również wybrałam studia zaoczne, prymusem nigdy nie byłam i zawsze wychodziłam z założenia, że lepiej skupić się na rzecz, które nam się przydadzą. Ja z wyboru mojego kierunku jestem bardzo zadowolona - udaje mi się połączyć studia z pracą :)

    OdpowiedzUsuń