wtorek, 3 maja 2016

Opuszczony kościół, któremu nigdy nie było dane być prawdziwym kościołem

Korzystając z uroków majówki postanowiliśmy wybrać się na Morasko. Punktem docelowym był opuszczony kościół. Nie wiem, czy to tęsknota za Szczecinem, czy po prostu chęć odkrywania Poznania, ale na nowo zaczęło ciągnąć mnie do opuszczonych miejsc. 


Odnalezienie kościółka nie było problemem. Budynek znajduje się w samym sercu dawnej wsi. Z zewnątrz na pierwszy rzut oka prezentuje się dość zwyczajnie. Dopiero, kiedy bliżej mu się przyjrzeć widać, że jest opuszczony: wybite okna, szyderczo uśmiechające się do mieszkańców spróchniałe deski wyglądające spomiędzy skruszonych cegieł, zakneblowane usta wejścia metalowymi kratami i wrastające w mury młode drzewka.



Mimo to, dostanie się do środka jest wprost banalne. Metalowe drzwi od strony zakrystii są gościnnie uchylone i dosłownie zapraszają aby obejrzeć skromne wejście.


W samej zakrystii witają nas zwalone z daszku cegły i zwęglone belki stropowe. Zaczynam wyczuwać, że kościół został porzucony przez szalejący w nim pożar, ale środek prezentuje się... czysto. Oczywiście czuję ogromny opór żeby wejść. M. jednak już wesoło hasa w środku, woła mnie. Biorę głęboki wdech i wchodzę.

 Jestem rozczarowana. Naga podłoga zasłania się jakimiś bliżej
niezidentyfikowanymi śmieciami. W miejscu, gdzie powinien być ołtarz tkwi tylko betonowy prostokąt. Nie ma nawet miejsca po tkwiących zazwyczaj w nawie ławkach. Na ścianach zamiast świętych malunków odwołujących się do boskiej trójcy, czy wydarzeń biblijnych, straszą amatorskie bazgroły udające graffiti. I tylko resztki kolorowych szkiełek będących dawniej witrażami uspokaja mnie, że dawniej to miejsce było kościołem.

Nie zapuszczamy się nawet w miejsce, które zazwyczaj zajmuje organista. Schody są mocno niepewne- przegniłe drewno z całą pewnością nie wytrzymałoby naszego ciężaru. Zresztą... sama wieża zapewne jest tak samo pusta jak i reszta kościółka. Z całą pewnością nie ma nawet dzwonnicy, o samym dzwonie nie wspominając.






Rozglądamy się jeszcze przez chwilkę, robimy kilka pamiątkowych zdjęć. I wychodzimy.


Spacerując po okolicy (szukając opuszczonego cmentarza), trafiamy na kolejny pustostan. Tabliczka "teren prywatny" i klasztor w sąsiedztwie mówią nam, że lepiej trzymać się z daleka. Stojąc w bramie robię kilka zdjęć. Ujęcia są takie same, mdłe... aż jestem na siebie zła. Z daleka jednak widać, że do pałacyku nawet się nie włamiemy, a jeśli tak... może się to dla nas źle skończyć. Ostrzegają nas przed tym zamurowane na głucho okna i wszędobylskie dziury w dachu.


Już w domu zapoznałam się ze skromną historią moraskiego kościółka. Tak jak tytuł głosi, nigdy prawdziwym kościółkiem nie został. Chociaż okoliczna ludność na początku XX wieku z radością przeznaczyła swoje pieniądze na budowę, ta nigdy nie została w pełni ukończona. W czasie wojny stacjonowali w nim niemieccy żołnierze i zamienili w skład broni. Po wojnie mieścił betoniarnię. Później został całkowicie porzucony. Los nie był dla niego łaskawy. Nadgryzione zębem czasu stropy grożą zawaleniem. I chociaż nie znalazłam informacji na ten temat, tak jak wspominałam na początku, w zakrystii widać ślady niewielkiego pożaru.
Obecnie trwa spór, czy kościół zburzyć a na jego miejscu wybudować parking dla mieszkańców, czy wyremontować. Osobiście skłaniałabym się ku drugiej opcji, z tym że zamiast kościoła widziałabym w nim księgarnię/ bibliotekę połączoną z herbaciarnią. Idealne miejsce do kontemplacji nad przeznaczeniem, przeszłością i samym sobą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz