Sprawunki ze wsi: Pliczko Gospodarstwo Rolne.




Wraz z przeprowadzką odkryliśmy nowe plusy posiadania dużego mieszkania z prawdziwą kuchnią pełną szafek, szuflad i innych skrytek. Oprócz rzeczy tak oczywistych jak miejsce do przechowywania naszych blenderów, garnków czy tradycyjnego piekarnika okazało się, że jest miejsce, gdzie można trzymać  z a p a s y. Wierzcie lub nie, ale w naszej kawalerce o metrażu klatki dla kur w chowie przemysłowym (dobra, takie kury mają tragiczne warunki, ale my na ludzkie realia też takie mieliśmy) nie było mowy o robieniu zapasów. Kupowaliśmy produkty na bieżąco i często fajne promocje przechodziły nam koło nosa. Nie mówiąc już o tym, że nierzadko musliśmy rezygnować z takich dobroci jak świeże warzywa z ogrodu moich rodziców, bo lodówka była tak mikroskopijna, że nie było mowy o mrożeniu cukinii czy ugotowanej fasoli.

Kiedy uświadomiliśmy sobie, że możemy zacząć kupować kasze w dużych opakowaniach, czy takie dobrocie jak rodzynki, daktyle i orzechy... okazało się, że w sklepach praktycznie nie ma produktów w takich opakowaniach. Nawet zwykły biały ryż jest teraz sprzedawany w kartoniku (a w nim cztery plastikowe woreczki z ziarenkami). Nie będę się rozpisywać nad walorami zdrowotnymi takich produktów, bo nie o to się rozchodzi. Tylko dlaczego mam płacić za 400 g produkty tyle samo co za pół kilo albo i nawet cały kilogram? Nie żartuję, okazało się że faktycznie takie opakowanie odpowiada mniej lub bardziej cenowo dużemu opakowaniu. Ponadto jeśli już trafialiśmy na duże opakowania to... były one plastikowe. Nienawidzę takich opakowań. Tęsknię za czasami, gdy kasza była sprzedawana w papierowych torebkach w każdym sklepie. Foliówki mają to do siebie, że uwielbiają się rozrywać. Nie ma nic gorszego od zbierania rozsypanego ryżu z podłogi, może oprócz zbierania drogich bakalii z podłogi. Ponadto to nieekologiczne. Wiecie ile taki plastik się rozkłada? Sporo. Papier o wiele krócej i można go wykorzystać powtórnie.
Pewnego dnia buszując po sieci, zostałam poproszona przez Marcina o znalezienie orzechów włoskich. Chodziło mu tylko o porównanie ile takie orzechy mogą kosztować, bo w sklepie widzieliśmy cenę za opakowanie 200g, która przeczyłaby zdrowemu rozsądkowi. Tłumaczyłam to tym, że jesteśmy ze wsi, u nas takie orzechy to jesienią każdy ma na swoim podwórku i niedoceniamy darów natury. Ale wiecie co? Okazało się, że faktycznie ceny w sklepach przeczą zdrowemu rozsądkowi! Przypadkiem wylądowałam na stronie sklepu, który oferował bakalie, mąki, kasze, makarony i oleje. Zaczęłam obliczać ceny. Właśnie wtedy zajadałam się daktylami. Popatrzyłam na te daktyle. i przypomniałam sobie, jak kilka dni temu cieszyliśmy się, że udało nam się kupić pół kilo tych roślinnych krówek za 8 zł. Tymczasem z e-sklepu spoglądają na mnie również daktyle... tylko, że za 8,50 za kilogram. Złapałam się za głowę i zawołałam Marcina. Zapadła krótka decyzja - "Dodaj do koszyka wszystko co używamy w kuchni, zobaczymy czy to jest coś warte."
Takim oto sposobem wylądowałam u Pliczków na zakupach w nic nie mówiących mi Woźnikach oddalonych ode mnie o prawie 400 kilometrów, czyli jakieś pięć godzin jazdy samochodem. A to wszystko z mojego salonu, sprzed komputera, z kubkiem bazyliady w ręce i ulubionych kapciach na nogach. Ja się pytam: "Gdzie w takim razie jest haczyk?!". No cóż... po kilu dniach okazało się, że nigdzie, no chyba że minusem są te cztery dni aż przesyłka znajdzie się w naszych łapkach.
Powracając jednak na chwilę do moich zakupów. Rzuciłam się jak świnia na uparowane obierki... z ostrożności zamawiając wszystkie produkty "tylko" po kilogramie. I takim oto sposobem w moim koszyku wylądowały: rodzynki tureckie drobne ciemne ( w składzie po za rodzynkami olej kukurydziany - w dodatku autentycznie z Turcji),  słonecznik łuskany (Bułgaria), płatki owsiane (Polska), daktyle bez pestek (Iran), kasza gryczana palona (Polska), kus-kus (Francja), kasza jaglana (Polska), kasza manna (Polska), soczewica zielona (Kanada), siemię lniane (Kazachstan), kasza gryczana niepalona (Polska), soczewica czerwona (Kanada), ryż biały (Wietnam) i pęczak jęzczmienny z Polski. Za wszystko zapłaciliśmy 86 zł już z przesyłką (kurier DPD). Dla sprawdzenia "czy warto" weszłam na stronę Tesco. To najbliższy market jaki mam, gdzie można część produktów kupić na wagę. Te same produkty kosztowałyby mnie... 133, 66!!! Oczywiście zapakowane we wspaniałej większości w plastik i jednorazówki. Czasami z dodatkiem moli spożywczych, które zalęgłby się w reszcie zapasów (poważnie, kiedyś wraz z pistacjami przyniosłam do domu całą rodzinę moli, dwa tygodnie mordowałam się z tymi szkodnikami a do śmieci poszło mnóstwo żarcia - od tamtej pory wszystko trzymam w szkle i pojemnikach).
Tymczasem moje zakupy za 86 zł zostały mi dostarczone przez kuriera aż do kuchni ("Pani, to ze 14-kilo waży, nie będzie Pani sama tego dźwigać" - Marcin akurat był w pracy). Już sam karton mnie rozczulił- czarne kłosy, polne kwiaty i nazwa firmy. Ponadto list z podziękowaniami, dowód zapłaty i moje zakupy... wszystko pięknie zapakowane w papier!
Tak, moje ukochane papierowe torebki. Wszystkie ładnie opisane: co to, ile tego, jakie wartości odżywcze, do kiedy można jeść i skąd pochodzi. Cudo po prostu. Prędko pootwierałam wszystkie paczki żeby sprawdzić czy się zgadza, poważyłam na wadze kuchennej (ostrożności nigdy za wiele), posprawdzałam czy nie ma robali... i usiadłam zaskoczona. W fotel wbiła mnie czerwona soczewica- nie jakieś tam okruszki, jak w sklepie można dostać... tylko okrągłe ziarenka. Ponadto daktyle i rodzynki są świetnej jakości. Nie przesuszone i słodkie, bez polepszaczy. Marcin po powrocie z pracy stał w kuchni i przecierał oczy... a później dopadł się do daktyli i wzdychał nad cudownością tych zakupów.
No cóż... wychodzi, że u Pliczków z Woźników będziemy stałymi klientami. No dobra, orzechów włoskich akurat nie mieli, ale na jesień będą u moich rodziców, na wsi :)

Komentarze

Popularne posty